Wśród nich był Mariusz Michalczuk - dziś wiceprzewodniczący Rady Miasta Białej Podlaskiej i nauczyciel wychowania fizycznego w Szkole Podstawowej nr 3. W 2000 roku podczas wyjazdu na zawody taekwon-do, zwiedzał Nowy Jork i wjechał na taras widokowy jednej z wież World Trade Center. Rok później patrzył w telewizji, jak znane mu budynki płoną i zawalają się.
Zaczęło się od strony internetowej
Do Stanów Zjednoczonych Mariusz Michalczuk poleciał w 2000 roku. Impulsem był turniej taekwon-do organizowany w Nowym Jorku.
- Trafiłem na stronę internetową o tematyce taekwon-do, na której znalazłem informację o turnieju organizowanym w Nowym Jorku. Pomyślałem, że może warto spróbować się wybrać za Wielką Wodę. Do tej pory uczestniczyłem w zawodach europejskich, w USA jeszcze nie - wspomina Mariusz Michalczuk.
Jak dodaje, był to również okres, w którym powoli kończył swoją przygodę ze sportowym taekwon-do. Organizacją wyjazdu zajął się Mariusz Steckiewicz, który odpowiadał m.in. za bilety lotnicze i formalności związane z wizami.
Do Nowego Jorku pojechała grupa zawodników z Białej Podlaskiej: Mariusz Michalczuk, Zbigniew Bujak, Mariusz Steckiewicz, Piotr Jabłoński i Adam Syrytczyk. Z Lubartowa dołączyli Jerzy Jedut i Anita Pasek. Choć drużyna była związana z Białą Podlaską, podczas zawodów reprezentowała Polskę.
Na miejscu czekał na nich Krzysztof Selwa, pochodzący z Krakowa Polak mieszkający i pracujący w Nowym Jorku. Pomógł grupie również w organizacji zakwaterowania.
Nowy Jork i wymarzony widok
Sport był głównym powodem podróży, ale uczestnicy wyprawy chcieli również zobaczyć jak najwięcej z Nowego Jorku. Dzięki pomocy Krzysztofa Selwy odwiedzili najważniejsze atrakcje miasta, między innymi: Muzeum Historii Naturalnej, Trump Tower, Madison Square Garden i Central Park. Jednym z najważniejszych punktów wyjazdu było jednak World Trade Center.
- Obowiązkowym punktem zwiedzania musiało być Twin Towers, czyli World Trade Center, i wjazd na taras widokowy. Jeszcze nigdy nie jechałem windą tak szybko. Przypominało to trochę podróż samolotem, bo uszy nam zatykało - opowiada Michalczuk.
Widok z góry zrobił na nim ogromne wrażenie. - Widok zapierał dech w piersiach, a ogrom i majestatyczna wielkość tych budynków robiła piorunujące wrażenie - wspomina.
W 2000 roku nie było jeszcze smartfonów, a powszechne fotografowanie telefonem pozostawało odległą przyszłością. Wyjazd dokumentowano więc kamerą oraz tradycyjnym aparatem na kliszę. Michalczuk do dziś ma kilka fotografii z tamtej podróży. Zachowało się również nagranie z wizyty przy wieżach.
Układ taekwon-do pod Twin Towers
Po zjechaniu z tarasu widokowego Mariusz Michalczuk i Mariusz Steckiewicz wykonali pod wieżami jeden z układów taekwon-do. - Oczywiście również ten moment mamy uwieczniony. Nigdy bym się nie spodziewał, że to nagranie będzie miało taki bardzo szczególny wymiar. A to okazało się rok później - mówi.
Wtedy była to po prostu pamiątka z wyjątkowej podróży. Nikt nie mógł przypuszczać, że rok później nagranie nabierze zupełnie innego znaczenia.
W telewizji pokazują...
11 września 2001 roku Michalczuk wracał samochodem do domu razem ze swoją żoną Moniką i małym synem Marcinem. Wtedy zadzwonił Mariusz Steckiewicz. - Ten moment pamiętam doskonale. Wracaliśmy od siostry, kiedy zadzwonił Mariusz Steckiewicz i mówi: Widziałeś? W telewizji pokazują, że jakiś pożar jest w tym dużym budynku, w którym rok temu byliśmy - relacjonuje.
Początkowo nie zdawał sobie sprawy z rozmiaru tragedii. - Bardzo się zdziwiłem, ale myślę sobie: pożar, zdarza się - dodaje.
Kiedy jednak dotarli do domu i włączyli telewizor, sytuacja wyglądała zupełnie inaczej. TVN24, który rozpoczął nadawanie zaledwie kilka dni wcześniej, relacjonował wydarzenia w Nowym Jorku. Wtedy było już po drugim uderzeniu samolotu w wieżę World Trade Center.
- Pokazywano na żywo płonące budynki. Patrzyłem na to wszystko z niedowierzaniem. Jeszcze rok wcześniej, pod koniec października, tam byłem, na tarasie widokowym, a teraz budynek, budynki się palą… Za chwilę miały się zawalić - wspomina.
Przecież akurat moglibyśmy tam być
Wstrząsające obrazy z Nowego Jorku miały dla niego bardzo osobisty wymiar. Patrząc na płonące wieże, nie mógł nie pomyśleć o tym, że jeszcze rok wcześniej znajdował się dokładnie w tym miejscu. - Pomyślałem, że przecież akurat moglibyśmy tam być… I nie było to miłe uczucie - mówi Michalczuk.
Pierwszą rzeczą, o której pomyślał, była osoba, która rok wcześniej pomagała grupie podczas pobytu w Nowym Jorku. Zadzwonił do Krzysztofa Selwy. - Zadzwoniłem do Krzysia Selwy, czy wszystko u nich OK. Pogadaliśmy chwilę, powiedział, że są bezpieczni wraz z rodziną - dodaje.
Wspomnienie, które wraca co roku
W kolejnych dniach i tygodniach Michalczuk, podobnie jak miliony ludzi na całym świecie, śledził informacje dotyczące zamachów i ich następstw. Jednak dla niego wydarzenia z 11 września miały dodatkowy, bardzo osobisty wymiar.
Rok wcześniej stał na szczycie jednego z najbardziej rozpoznawalnych symboli Nowego Jorku. Podziwiał panoramę miasta, fotografował i nagrywał swoją wizytę. Rok później mógł już tylko wracać do wspomnień.
- Myślę, że cały świat to śledził. Ja miałem w głowie to, że mieliśmy szczęście tam być, zobaczyć coś, czego już nie ma i nie będzie, ale również szczęście, że atak nie nastąpił w 2000 roku - mówi.
Dziś, po 25 latach od tragedii, wspomnienie tamtej podróży wciąż jest żywe. - Co roku sobie to przypominam. To zdarzenie jest szczególne dla mnie właśnie z powodu tego, że rok wcześniej odwiedziłem WTC, zachwycałem się Nowym Jorkiem, a rok później mogłem już tylko wspominać… Wspominam do dziś - podkreśla Mariusz Michalczuk.
Komentarze (0)
Wysyłając komentarz akceptujesz regulamin serwisu. Zgodnie z art. 24 ust. 1 pkt 3 i 4 ustawy o ochronie danych osobowych, podanie danych jest dobrowolne, Użytkownikowi przysługuje prawo dostępu do treści swoich danych i ich poprawiania. Jak to zrobić dowiesz się w zakładce polityka prywatności.